Cała środa huczała od informacji w temacie piractwa internetowego, które wyświetlane  były wielkimi skrótami SOPA i PIPA. Po Polsku nawet brzmi zabawnie, ale w praktyce takie nie jest. O co zatem chodzi?

Zacznijmy od tego, że od jakiegoś czasu wiele mówi się o tzw. copyright czy prawie własności intelektualnej, które w internecie – dzięki jego możliwościom – zaczęło być nagminnie załamane. Słynny case Pirat Bay czy innych serwisów, na których można było przechowywać i przekazywać dalej pirackie pliki z filmami, muzyką i innymi, to wierzchołek góry lodowej, z jaką mamy w tym przypadku doczynienia.

 

SOPA i PIPA to skróty od dwóch aktów prawnych stworzonych przez amerykański rząd, które miały trafić do odpowiednika sejmu i senatu. SOPA to w rozwinięciu Stop Online Piracy Act , a PIPA znaczy Protect Intelectual Property Act. I wszystko byłoby super, tyle że chyba nawet tamtejszy senat nie przewidział zamieszania, które wywołają te ustawy w oczach i co ważniejsze, zachowaniu opinii publicznej. W tym przypadku opinii, na którą składają się właściciele serwisów internetowych, nie tylko pirackich, twórcy treści i wreszcie użytkownicy internetu. Piszę nie tylko internetowych, ponieważ według wielu zapisy tych aktów prowadzić mogłyby do daleko idących zmian wogóle w tym, jak internet został zbudowany i po co właściwie został stworzony. A zapisy w skrócie (bo można na ten temat napisać wiele oddzielnych tekstów) sprowadzają się do tego, aby dać Stanom Zjednoczonym, a właściwie wielkim amerykańskim koncernom medialnym możliwość reakcji na piractwo w sieci również poza granicami Stanów, np. w krajach Europy, gdzie działa m.in. wspomniany powyżej Pirat Bay.

 

Zapisy i całe powstanie aktów, to jak wielu twierdzi mocna praca lobbystów pracujących dla amerykańskich koncernów. To oni doprowadzili do powstania tych aktów i do tego, że one wogóle będą głosowane w kongresie amerykańskim. Koncerny medialne, wprost są to: CNN, NewsCorp, Time Warner, bardzo mocno chcą zawalczyć z piractwem (jak twierdzą przede wszystkim z tym) i ustawa dawałaby im narzędzia, aby to robić. Mogliby między innymi doprowadzić do odcięcia danej strony i tego, że użytkownik nie będzie w stanie z terenu Stanów Zjednoczonych dostać się do niej przez swoją przeglądarkę, czy np. finalnie żądać zamknięcia danej witryny. Sytuacja tyle zabawna, ile poważna. No bo w dobie XXI wieku, internetu, smartphone’ów, sieci bezprzewodowej wi-fi i konsoli do gier również z połączeniem do internetu, wypożyczalni filmów, rozgłośni radiowych online, próba doprowadzenia do takich zaostrzeń, to zdaje się brak pomysłu, jak inaczej zarabiać.

 

Sprawa z kolei poważna, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach, nie wprowadzi takich regulacji, wiedząc, że jest to po prostu niemożliwe. Z jakiego względu? Otóż z takiego ujęłabym to, bardziej socjologicznego, o którym nieco już powyżej napisałam. Mamy XXI wiek, ludzkość żyje i kolejne pokolenia wychowują się na bardzo szerokim dostępie do internetu i tabletów. Dla współczesnych małych dzieci, nie jest zagadką komputer, ani internet i to, jak w nim się poruszać. Dla dorosłych tablety nie stanowią żadnej fata morgany i korzystają oni z nich coraz częściej. Wszędzie, na każdym z urządzeń, na każdej z platfrom pojawia się treść. Nie ważne czy pisania, czy video, czy może gra – jest to treść. Nie ważne czy na platfromie mobile, w kanale internetowym czy może na tablecie. Jest to treść. Jak ktoś może nam tego zabronić? Przecież większość z nas na tym się wychowała i już dorastała…

 

Mam tu  na myśli treść, z której żyje np. firma Google – jeśli ustawy przeszłyby w obu izbach kongresu, Google musiałby liczyć się z tym, że nie mógłby wyświetlać wielu stron internetowych, które zawierają nielegalne (lub teoretycznie nielegalne) treści. Wikipedia w swoich zasobach odsyła np. do samego Pirat Bay (czasem), o czym mówił jeden z jej twórców w wywiadzie dla CNN. Na YouTube pojawiają się treści generowane przez użytkowników lub wrzucane przez nich, jako być może nie będące ich właśnością. Każdy z tych serwisów na własny sposób stara się walczyć z piractwem, ale co do zasady przedstawiciele każdego z tych serwisów, stoją na straży generalnej reguły i jednocześnie pytania: ich rolą nie jest walką z piractwem, więc dlaczego mieliby też ponosić takiej walki konsekwencje?

 

Tymczasem tematowi będę się dalej przyglądała, najważniejsze co wiemy na ten moment, to że ustawy jednak nie przeszły, ale świat technologiczny miał z tym wiele wspólnego, o czym w kolejnym tekście.

O co c'mon z SOPA i PIPA?http://internet-news.com.pl/wp-content/uploads/2012/01/sopa_pipa.jpghttp://internet-news.com.pl/wp-content/uploads/2012/01/sopa_pipa-150x150.jpgЭва KasiakWiadomości
Cała środa huczała od informacji w temacie piractwa internetowego, które wyświetlane  były wielkimi skrótami SOPA i PIPA. Po Polsku nawet brzmi zabawnie, ale w praktyce takie nie jest. O co zatem chodzi? Zacznijmy od tego, że od jakiegoś czasu wiele mówi się o tzw. copyright czy prawie własności intelektualnej, które...